środa, 30 października 2013

Karol Dickens #8

źródło obrazka: www.wspolczesna.pl 

"Ważne jest nie to, co możemy zrobić,
lecz to, co zrobić musimy".

Karol Dickens

wtorek, 29 października 2013

Wywiad z Krzysztofem Piskorskim

źródło obrazka: kultura.onet.pl

Krzysztof Piskorski to polski pisarz, autor fantastyki, tłumacz i twórca gier fabularnych. Zadebiutował pisarsko wydając powieść "Wygnaniec" w 2005 roku. Został dwukrotnie nominowany do nagrody literackiej im. Janusza A. Zajdla. Otrzymał złote wyróżnienie nagrody im. Żuławskiego. Jest laureatem europejskiej ESFS Encouragement Award.
Portal lubimyczytac.pl zorganizował akcję, w której użytkownicy serwisu mogli zadać autorowi pytania. Administratorzy wybrali ich zdaniem najciekawsze i przesłali je Krzysztofowi Piskorskiemu. Wśród pytań znalazło się jedno zadane przeze mnie, które zaprezentuję Wam wraz z odpowiedzią autora .

Studiował Pan archeologię i informatykę. Interesuje się Pan historią i żeglarstwem. Tworzył Pan gry komputerowe. Jest Pan pisarzem. Z którym z tych zajęć utożsamia się Pan najbardziej? Jak Pan siebie definiuje? Czy na pierwszym miejscu stawia Pan pisanie, czy inne zajęcia?

Jestem przede wszystkim pisarzem.

Złośliwie można powiedzieć, że to dlatego, bo pisanie książek to jedyna rzecz, którą potrafię robić całkiem nieźle. Ale myślę, że prawdziwy powód jest inny. Praca czy inne zajęcia zawsze kiedyś się kończą – wracamy do domu, albo zajmuje nas nowe hobby. Natomiast pisarzem jest się przeważnie dwadzieścia cztery godziny na dobę, przez całe życie. W tramwaju, w biurze, nawet śpiąc – cały czas myśli się o fabułach, dialogach, obraca w głowie różne pomysły...
 
Krzysztof Piskorski w 2013 roku wydał nową książkę pt. "Cienioryt". Słyszeliście o niej? Zamierzacie przeczytać, a może jesteście już po lekturze? Jakie są Wasze opinie? Muszę przyznać, że ciekawa odpowiedź Krzysztofa Piskorskiego na moje pytanie, sprawiła, że jestem zaciekawiona tą pozycją.

Em.

piątek, 25 października 2013

poniedziałek, 21 października 2013

"Okruchy dnia"


Tytuł: "Okruchy dnia"
Autor:
Tytuł oryginału: "The Remains of the Day" 
Tłumaczenie: Jan Rybicki
Kategoria: literatura piękna  
Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 8 sierpnia 2008
Liczba stron: 306
Oprawa: twarda
 
ISBN: 9788373596870
Źródło okładki: www.lubimyczytac.pl

"Okruchy dnia" Kazuo Ishiguro to jedna z pozycji, które znalazły się na liście 100 książek BBC, które należy przeczytać. Ten spis daje jeśli nie pewność, to przynajmniej obietnicę, że znajdujące się w nim książki są dobre. A ponieważ dodatkowo chciałam zapoznać się z jakąś refleksyjną pozycją, wybrałam właśnie "Okruchy dnia".

Powieść japońskiego autora przedstawia losy Stevensa, angielskiego kamerdynera, dla którego sprostanie obowiązkom domowym stanowi wyzwanie życia. Najważniejsze dla niego jest dobro chlebodawcy. Nie myśli o sobie. Z każdą upływającą chwilą rozmyśla, czy dane przyjęcie jest dobrze przygotowane, czy cała służba wie, co ma robić, czy wystąpią jakieś kłopoty, co jest stosowne, a co nie. Bardzo ważne jest dla niego, by zyskać "godność licującą ze stanowiskiem" i zasłużyć na miano wielkiego kamerdynera. Służenie pracodawcy wypełnia każdy skrawek jego istnienia. Celem jego myśli i czynów jest sprostanie wymaganiom. Stevens pragnie, by Darlington Hall było postrzegane jako idealnie zarządzana i prowadzona angielska posiadłość, w której służył najpierw lordowi Darlington a po jego śmierci panu Faraday.
"Oczywiście prawda jest taka - rzekłem po chwili - że to lordowi Darlingtonowi dałem z siebie wszystko. Dałem mu z siebie wszystko, co miałem najlepszego, a teraz, no cóż, okazuje się, że nie mam już wiele do zaofiarowania".
Całą historię poznajemy z perspektywy wspomnianego Stevensa, który jest perfekcjonistą w każdym calu. Oprócz tego cechuje go angielska powściągliwość i dystyngowanie. Stevens nie jest spontaniczny. Jest służbistą. Pewnego dnia w 1958 roku kamerdyner wyjeżdża na krótki urlop, podczas którego będzie rozmyślał o swoim życiu, o przeszłości - dokona retrospekcji. Opowie nam o politycznych gościach w Darlington Hall, o spotkaniach na szczycie, o tym, że na jego oczach zapadały kluczowe dla  świata polityczne decyzje. 

Praca zawładnęła Stevensem bez reszty. Oddał jej siebie. Zaważyła na kluczowym momencie w relacji kamerdynera z ojcem, dla którego po prostu nie miał czasu w bardzo ważnej chwili. Perfekcjonizm zabrał Stevensowi szansę na normalne relacje z innymi ludźmi. Kamerdyner jest człowiekiem wyjątkowo zamkniętym w sobie. Nie dostrzega, a być może nie chce dostrzegać, że ma tuż obok zakochaną w sobie kobietę - gospodynię pannę Kennton. Nie chce dopuścić do tego, by mógł być na gruncie prywatnym szczęśliwym człowiekiem. Spełnienie zawodowe, jest istotne, bo każdy lubi czuć się w czymś dobry i doceniony, ale nie powinno zaważyć na całym istnieniu, na całym życiu. Do czego może doprowadzić, jeśli tak właśnie się stanie? Będziemy perfekcyjni, ale nigdy nie poznamy uczuć wyższych takich jak miłość, przyjaźń, zaufanie, czy troska, bo żeby coś dostać trzeba dać innym coś od siebie - chwilę uwagi, miły gest, dobre słowo.

"Okruchy dnia" to powieść, która ma specyficzny rytm narracji, do którego po prostu należy się przyzwyczaić. Na początku to specyficzne tempo opowieści Stevensa stanowiło dla mnie barierę nie do przebicia, a następnie stało się czymś, co wciągnęło mnie bez reszty.

Powieść Kazuo Ishiguro ukazuje człowieka, który wybrał niewłaściwą drogę życia. Czasu nie da się cofnąć. Stevens bezpowrotnie stracił szansę na szczęśliwą młodość i być może na spełnienie na gruncie prywatnym. Człowiek tak głęboko ukształtowany, który ma tak głęboko zakorzeniony system wartości i uważa, że celem jego istnienia jest lojalność wobec chlebodawcy i godność kamerdynera, chyba nie ma szans na zmianę. Stevens to drobiazgowy perfekcjonista. To wrak człowieka, który niestety nie odczuł, nie dotknął w życiu tego, co najważniejsze. Nie cieszył się obcowaniem z drugim człowiekiem. Jest zaledwie szkicem, czarno-białym szkicem, którego życie bezpowrotnie zostało pozbawione kolorów. Czy Stevens to zrozumie? Czy uda mu się naprawić błędy przeszłości? Czy zacznie od początku? Dajcie się porwać historii Kazuo Ishiguro.
"Być może zatem należałoby zastanowić się nad jego radą, bym przestał tak bardzo spoglądać w przeszłość, bym przyjął bardziej pozytywny punkt widzenia i starał się jak najlepiej wykorzystać to, co mi jeszcze zostało z moich dni. Cóż bowiem można osiągnąć ciągłym grzebaniem się w przeszłości i oskarżaniem siebie samego o to, że w życiu nie powiodło się całkiem tak, jak można by sobie tego życzyć? (...) Po cóż zamartwiać się tym, co się zrobiło, czy nie zrobiło. Że życie przyjęło taki czy inny obrót?".
"Okruchy dnia" to książka, która przestrzega Czytelnika przed błędami mogącymi zaważyć na całym życiu, przed decyzjami, których się nigdy nie podjęło, przed tym, co się nie stało, a mogło się wydarzyć. Każdy człowiek jest panem własnego losu. To od niego zależy, jak będzie upływało jego życie. Warto czasem zaryzykować, postawić wszystko na jedną kartę, bo lepiej żałować, że się coś zrobiło niż do końca życia zastanawiać się, co by było gdyby.
P.S. Już nie mogę doczekać się momentu, w którym obejrzę ekranizację "Okruchów życia". A, że w rolę Stevensa wciela się Anthony Hopkins, jeden z moich ulubionych aktorów, jestem pewna, że nie będę tego odkładać w czasie.

Ocena: 7/10

Em.

środa, 16 października 2013

"John Q"

 źródło obrazka: filmweb.pl

"John Q"

Tytuł oryginalny: "
John Q"
Gatunek: dramat
Produkcja: Stany Zjednoczone
Data premiery na świecie: 15 lutego 2002

Data premiery w Polsce: 24 maja 2002 
Czas trwania: 116 min.
Reżyseria: Nick Cassavetes
Scenariusz: James Keams
Główne role:
Denzel Washington, Robert Duvall
Muzyka: Aaron Zigman
Zdjęcia: Rogier Stoffers
Scenografia: Thomas Carnegie
Montaż: Dede Allen
Produkcja: Mark Burg, Oren Koules
Wytwórnia: Warner Bros. Pictures
Dystrybucja: New Line Cinema, Evol

“John Q” to film opowiadający historię pewnej ubogiej, ale kochającej się rodziny. Mimo że mają poważne kłopoty finansowe Jonh Archibald (Denzel Washington) i jego żona Denise (Kimberly Elise) starają się związać koniec z końcem. Chcą zapewnić swojemu synkowi Mike'owi (Daniel E. Smith) normalne życie. Starają się, by nie widział dręczących ich problemów.

 źródło obrazka: filmweb.pl

Pewnego dnia, podczas gry w baseball Mike mdleje. Rodzice szybko zabierają synka do szpitala, w którym okaże się, że chłopiec ma poważną wadę serca. Konieczny jest przeszczep tego organu. Tylko udana operacja pozwoli Mike'owi żyć. Mimo to szpital nie chce jej wykonać, bo polisa, którą wykupił ojciec chłopca - John - nie pokryje jej kosztów.

 źródło obrazka: listas.20minutos.es

Sytuacja jest tragiczna. Rodzina Archibaldów nie ma pieniędzy. John został zmuszony do przejścia na pół etatu, bo obroty przedsiębiorstwa, w którym pracuje spadły. Szpital nie chce zoperować Mike'a, który na oczach rodziców z dnia na dzień słabnie. Co zrobić? Gdzie szukać pomocy, skoro nikt nie chce jej udzielić? I jak w krótkim czasie człowiek, który nie ma żadnych oszczędności ma zdobyć 75000 dolarów, które zapewnią jego synkowi życie? To jest właśnie jeden z niewielu przypadków, w którym tak po prostu  można je kupić. W tej sytuacji zdrowie i życie mają swoją cenę.

źródło obrazka: www.hotflick.net

Moim zdaniem Daniele wymaga od męża zbyt wiele. Wie jaka jest ich sytuacja życiowa, wie, że niewykonalnym jest zebranie w krótkim czasie 75000 dolarów na operację synka, a jednak karze mężowi działać. Wyżywa na nim swą frustrację. Rodzina nie trzyma się razem. Kobieta ma pretensje, że John nie umie uratować ich umierającego synka. Mimo, że przecież John jest w takiej samej sytuacji i powinien być równie bezradny jak Daniele znajduje z niej wyjście.

W obliczu zbliżającej się tragedii, śmierci Mike'a, John przejmuje inicjatywę. Barykaduje się na jednym z oddziałów szpitala, bierze zakładników i bronią terroryzuje lekarza, by początkowo wpisał jego syna na listę osób oczekujących na przeszczep, a następnie by zoperował jego dziecko.

źródło obrazka: filmweb.pl

John walczy nie tylko z samym sobą, z własną biedą, ale również z bezwzględnym, skazującym jego synka na śmierć systemem, dla którego ludzie nie są istotami, które czują i cierpią. Liczą się tylko pieniądze. Masz je? Będziesz żył. Nie masz? Giń. John nie gra fair terroryzując lekarza, ale czy z nim postępowano właściwie? Wzbudza sympatię i ma wsparcie u widza. Mężczyzna uciekł się do przemocy, bo nie widział innej szansy ratunku. Próbował prosić. Błagał. Na nic się to zdało. Do czego jest zdolny ojciec, gdy walczy o swoje dziecko? Wzruszające i przerażające w jednym.

źródło obrazka: www.taringa.net

„Jonh Q” to wspaniały film, który z jednej strony pokazuje jak wiele jest w stanie zrobić osoba, która kocha, a z drugiej jak okrutny i bezwzględny jest system zdrowia. Do tego świetny - bardzo wiarygodny Denzel Washington.
"John Q" to film, który zapamiętam do końca życia - wywołujący emocje i zmuszający do refleksji w jakim świecie tak naprawdę żyjemy, w jakiej znieczulicy i braku współczucia, w świecie, w którym  liczy się przede wszystkim mamona. Przygnębiające.

Ocena: 9/10

Em.

wtorek, 15 października 2013

piątek, 11 października 2013

"Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej)"


Tytuł: "Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej)"
Autor:
Tytuł oryginału: "Stalo sa prvého septembra (alebo inokedy)" 
Tłumaczenie: Tomasz Grabiński
Kategoria: literatura piękna  
Wydawnictwo: Słowackie Klimaty
Data wydania: 27 marca 2011
Liczba stron: 468
Oprawa: miękka
ISBN: 9788392805199
Źródło okładki: www.lubimyczytac.pl


"Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej)", czyli opowieść o tym jak spontaniczna gra przerodziła się w życiową rozgrywkę.

Powieść opisuje trzydzieści lat życia czwórki dzieci z Levic. Bohaterowie tej książki na jej łamach dorastają, z biegiem czasu podejmują ważne decyzje, po prostu lepiej bądź gorzej układają sobie życie. 

Węgier – Jan, Żyd – Gabriel oraz Czech – Peter przyjaźnią się. Każdy z nich ulokował uczucia w pięknej Słowaczce – Marii. Chłopcy nie chcieli ubiegać się o jej względy naraz, więc postanowili pierwszego września urządzić zawody pływackie, których zwycięzca będzie miał szansę na zdobycie dziewczyny. Te zawody sportowe będą nijako spajać książkę, ale również przyjaźń chłopców, którzy wraz z przekładanymi przez nas stronami, staną się mężczyznami.

Książka Rankova nie jest tylko opowieścią o dojrzewaniu, o miłości i przyjaźni. Jest również powieścią o polityce, o przemianach na szczycie w latach 1938 - 1968 w Europie Środkowej. Przynależność narodowa odgrywa znaczącą rolę w tej książce. Ukazuje niesprawiedliwość. Pokazuje coś, co nie zaskakuje, o czym wszyscy wiemy, że obywatelom danego kraju w danym czasie było zdecydowanie trudniej niż innym - z góry, bez żadnej weryfikacji, kto rzeczywiście jest bardziej pracowitym, odpowiedzialnym, dobrym człowiekiem.
Maria: „Męska bufonada. Dokładnie tak zawsze postrzegałam politykę. Męska bufonada i przekręcanie prawdy. Dlatego nigdy nie interesowałam się polityką. Tylko podczas wojny było inaczej. Granice między dobrem a złem były jasne i niepodważalne. Wtedy czyny miały sens".        
Książka „Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej)” jest niewątpliwie o historii, ale stanowi ona jedynie tło opowieści Rankova, który postawił na pierwszym planie ludzi - ich sukcesy i porażki, ich nadzieje i rozczarowania, ich radości i spotykające nieszczęścia. To również powieść o utraconych szansach i rozbitych rodzinach. Rankov ukazuje jak wielki wpływ ma polityka i decyzje dobrze usytuowanych na życie zwykłych obywateli, dla których z przyczyn politycznych, ekonomicznych czy też społecznych trudno jest przeżyć każdy następny dzień.
„Pokręciłam głową: 
- Ale ja po prostu nie chcę emigrować. Ani teraz, ani potem. Będę żyć tutaj. 
- Czemu? – krzyknęli jednocześnie Jan i Peter.
- Bezsilnie rozłożyłam ręce.
- To jest moja ojczyzna. To jest ojczyzna? – wydarł się Jan. – To jest zadupie świata! Raz jest tu Czechosłowacja, potem Węgry, Słowacja, znów Czechosłowacja. Najpierw zajmują ją Niemcy, potem z kolei Rosjanie... To nie może być ojczyzna!".
Dzieciństwo Jana, Gabriela, Petera i Marii szybko przemienia się z sielskiego czasu na zależące od polityki chwile. Sytuacja zmienia się czasami z dnia na dzień. Dzieciaki, przeobrażają się na naszych oczach w młodzież, a następnie w dojrzałych ludzi, z któych każdy czego innego doświadczy, każdy ma inne poglądy polityczne i zdanie na określone tematy. Życie tych czworga nie ułoży się tak jakby tego chcieli, a mimo to będą umieli być szczęśliwi, doceniać dobre momenty i łapać wesołe chwile.

W opisywanej przeze mnie książce pojawiają się również śmieszne epizody. Zwłaszcza wtedy, gdy w losy bohaterów, słowacki pisarz, wplata historie opisujące zachowania autentycznych postaci historycznych znanych z czesko-słowackiej historii. Na łamach „Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej)” można spotkać w niecodziennych, wyjątkowych sytuacjach Miklosa Hothy, Jozefa Tisa, Klementa Gottwalda czy Iwana Koniewa.

Każdy rozdział książki opisuje rok. W każdym z nich Gabriel, Peter i Jan będą chcieli zorganizować  zawody pływackie, które los cały czas odkłada w czasie. Czy w końcu uda im się zrealizować plan? Czy dowiedzą się, kto może się ubiegać o rękę Marii? Z biegiem czasu oczywiście te zawody nabierają innego znaczenia, stają się poniekąd symbolem przyjaźni czwórki bohaterów nękanych wielką historią. Jak potoczą się losy tych bohaterów?

Rankov w ostatnim rozdziale "Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej)" po raz pierwszy oddaje głos Marii. To z jej perspektywy obserwujemy świat. Ten rozdział stał mi się bliższy niż inne. Być może dlatego, że jestem kobietą i słuchałam opowieści drugiej kobiety o tym, co przeżyła, czego doświadczyła, kim tak naprawdę byli dla niej jej trzej przyjaciele. Maria podsumowuje to, czego byliśmy świadkami czytając książkę. Zarówno Jan, Gabriel jak i Peter byli dla niej ważni. Każdy z nich wpisał się w jej życie. Każdy dał jej coś od siebie. Trzej byli dla niej ważni. Z każdym mogła mieć inne życie.Maria podsumowuje ich wspólne losy pięknymi słowami, których niestety nie mogę przytoczyć, by nie psuć Wam okazji do poznania zakończenia tej historii.

Pavol Rankov zaskoczył mnie. Na łamach swej książki przedstawiał trzydzieści lat życia bohaterów. Ukazał ewolucję ich charakterów w sposób perfekcyjny. Nie był ani sztuczny, ani nachalny. Był prawdziwy.

„Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej)” Pavola Rankova to moje pierwsze spotkanie z literaturą słowacką i już wiem, że na pewno nie ostatnie. Szybko prowadzona akcja, doskonałe portrety różnych bohaterów, historia rozgrywająca się za ich plecami - czego chcieć więcej? I ta prosta, ale wiele mówiąca, symboliczna okładka. Szczerze polecam! Tak jak bohaterowie tej książki żegnali się z Marią, ja mogę powiedzieć do Rankova:
"Nie żegnamy się przecież na zawsze".
Ocena: 9/10

Em.

niedziela, 6 października 2013

"Cudowne lata. Opowieści o miejscach, w których dorastaliśmy"


Tytuł: "Cudowne lata. Opowieści o miejscach, w których dorastaliśmy"
Autor: ,  
Zdjęcia: Łukasz Gawroński
Kategoria: biografia/autobiografia/pamiętnik 
Wydawnictwo: Wydawnictwo Zwierciadło 
Data wydania: 17 kwietnia 2013 
Liczba stron: 276
Oprawa: twarda 
ISBN: 9788363014575 
Źródło okładki: www.lubimyczytac.pl

"Cudowne lata. Opowieści o miejscach, w których dorastaliśmy" to trzydzieści dwie wizje sławnych osób, o czasach w których się wychowywały, w których jako dzieci były kształtowane na osoby, którymi są dzisiaj. 

Hanna Halek i Zofia Fabjanowska-Micyk w książce oddały całą przestrzeń swoim rozmówcom. Nie wiem jak powstawała ta pozycja. Nie wiem, czy dziennikarki zadawały szereg pytań, dopytywały i współtworzyły. Być może było inaczej. Może po prostu pozwoliły swoim rozmówcom mówić? Być może. Opowieści sławnych osób zapisane zostały w formie monologów. Nie ukrywam, że podobało mi się to, ponieważ miałam odczucie, że ktoś rzeczywiście chce mi coś opowiedzieć, a nie tylko odpowiedzieć, odhaczyć kolejne, zadane przez dziennikarki, pytania.

Nie każda ze sławnych osób miała wzorowo szczęśliwe dzieciństwo. Podoba mi się to, że w opisywanej przeze mnie książce nie wszystkie osoby roztaczają bezproblemową aurę mówiąc o swoim dorastaniu i rodzinnym domu. Potrafią spojrzeć na tamte czasy z dystansu i je trafnie ocenić. To, że w książce "Cudowne lata. Opowieści o miejscach, w których dorastaliśmy" nie pojawiają się jedynie opisy szczęśliwego domowego ogniska to zaleta tej pozycji. Przez to, że niektórzy opowiedzieli o swoich "cudownych latach" malując je czarnymi, ciemnymi barwami, książka dla mnie stała się prawdziwsza. 

Na początku każdej opowieści autorki stworzyły bardzo krótką notkę biograficzną o każdej osobie. Ogranicza się ona w zasadzie do informacji dotyczących czym dana postać się zajmuje bądź zajmowała i zamieszczeniem cytatu z przeprowadzonej rozmowy.

Każdy z rozdziałów, poświęcony innej sławnej osobie, został okraszony zdjęciem. Jedną, w mojej ocenie niezbyt pasującą w kilku przypadkach, fotografią. Oczywiście gwiazdy ładnie się na nich prezentują i widać, że fotograf – Łukasz Gawroński - miał pomysł na każde ze zdjęć. Jednak w książce, która opowiada o dzieciństwie, miejscach, w których bohaterowie rozmów dorastali, spodziewałam się, że fotograf poszuka czegoś innego. Na zdjęciach, w niektórych przypadkach, brakowało mi właśnie tych miejsc, tej przestrzeni, do której bohaterowie książki powrócili na nowo we wspomnieniach. Niektóre z nich mogły być zrobione po prostu wszędzie, bez względu na tematykę.

W wielu opowieściach rozmówcy dziennikarek Hanny Halek i Zofii Fabjanowskiej-Micyk, np. Urszula Dudziak i Andrzej Grabowski podkreślają swą ogromną wdzięczność dla rodziców za ich wychowawczy trud. Wielu artystów wspomina o swoich pasjach, twierdząc, że zaczęły one się ujawniać już w dzieciństwie. Miłość do nich trwa od młodzieńczych lat i jak w przypadku Artura Andrusa i Gosi Baczyńskiej, rozwija się do dziś. Niektórzy podkreślają w życiu znaczenie przypadku, który sprawił, że ktoś ich zauważył, że są w tym a nie innym miejscu dzisiaj, że coś osiągnęli. Inni np. Mirosław Baka mówią o tym, że dojść do czegoś w życiu należy nie tylko poprzez ciężką pracę, ale również dzięki wierze w siebie, we własne możliwości. Nie owijając w bawełnę mówi:
"Musi być w człowieku jakaś doza próżności, żeby zostać aktorem, bo inaczej nie koncentruje na sobie uwagi widowni albo nie pokocha go kamera. Aktor musi chcieć, by na niego patrzono".
Jan Frycz w swojej opowieści mówi prosto z mostu o tym, co go boli i dręczy. Nie wystawia swojemu miastu laurki. Jest rozgoryczony z powodu przemian Krakowa, który zdaniem aktora nie jest już taki jak kiedyś - nie ma własnej atmosfery, tego trudno uchwytnego w słowach "czegoś".

Kayah opowiadając o wybrykach swojego dzieciństwa, o drobnych kradzieżach, spuentowała historię pięknymi a przede wszystkim bardzo mądrymi słowami.
"Nauka na całe życie. Zrozumiałam, że rzeczy często nie są takie, jakimi się wydają. I że to, co ludzie mówią, nie zawsze jest prawdą".
Wojciech Mann poucza, że nie wolno ślepo podążać za modą, za tłumem, że zawsze warto być sobą. Wspomina również o tym, co uważa za cel radia i skąd, jego zdaniem, powinno czerpać moc. Inny znany radiowiec - Marek Niedźwiecki - opowiada o kompleksach dziecka z prowincji.

Bardzo podobała mi się opowieść snuta przez Małgorzatę Ostrowską, ponieważ okazało się, że zwracam uwagę na podobne rzeczy myśląc o moim dzieciństwie, że pamiętam tak jak piosenkarka np. jego smaki. Ostrowska, jako dziecko, była chora na epilepsję i nie miała łatwego życia wśród rówieśników. Była przez nich odrzucona. Opowiada o trudach bycia dzieckiem, z którym inne nie chcą się bawić, którego być może się trochę boją i z którego sobie kpią. Ostrowska stwierdziła również, że to życie weryfikuje wybory, że tylko czas może pokazać, czy dana decyzja była słuszna, czy też nie.
 
Mimo, że nie przepadam za humorem Cezarego Pazury rozmowa z nim wciągnęła mnie. Aktor nie tylko satyrycznie oceniał rzeczywistość, ale również wygłosił w interesujący sposób swój pogląd dotyczący religii. Nie ukrywam, że zrobiło to na mnie wrażenie.
"Nasz umysł nie jest w stanie ogarnąć istoty boskości, bo czym ona jest? Tajemnicą. Nigdy nie możemy jej posiąść. Podoba mi się takie porównanie: to tak, jakby ryba płynęła po oceanie i pytała drugiej ryby: "Przepraszam, gdzie jest ocean?". Pan Bóg jest wszędzie. To istota wszystkiego. Wszystkie pytania i odpowiedzi. Każdy z nas jest częścią wielkiego boskiego planu i musimy sobie z tego zdawać sprawę".
Najciekawsza była dla mnie opowieść Małgorzaty Niezabitkowskiej, która opowiadała o braku matki, o tym jak wychowywała ją babcia. Ta polska dziennikarka pochodziła z biednej rodziny, która umiała czerpać radość z małych rzeczy, której jedność członków dawała siłę. Kiedy jej matka umarła, została pod opieką babci i ojca. Gdy babcia dowiedziała się, że jest nieuleczalnie chora i wiedziała, że jej dni są już policzone urządziła dla Małgorzaty Niezabatkowskiej swoisty kurs życia, który obejmował informacje od czysto praktycznych - jak zajmować się domem - aż do związanych z prawdomównością, czy relacjami damsko-męskimi. Babcia urządziła dziennikarce przyspieszony kurs życia, by mała dziewczynka mogła stać się w przyszłości wartościową, dobrą kobietą. Wzruszający opis. Mój ulubiony z opisywanego zbioru. 

Jeżeli interesuje Was dlaczego Stanisław Sojka nazywany jest człowiekiem orkiestrą? Dlaczego Zbigniew Zamachowski nie do końca wyraźnie mówi? Kto pełnił główną rolę w życiu Borysa Szyca? Co oznacza słowo "jakoim" według Andrzeja Grabowskiego? I dlaczego aktor tęskni za odczuwaniem braku perspektyw? Kto był pierwszym modelem Macieja Zienia? "Cudowne lata. Opowieści o miejscach, w których dorastaliśmy"  to książka dla Was.

"Cudowne lata. Opowieści o miejscach, w których dorastaliśmy" to trzydzieści dwie opowieści różnych osób znanych z różnych dziedzin. Są wśród nich aktorzy, piosenkarze, projektanci, radiowcy, tenisista. Każdy z nich w inny sposób patrzy na przeszłość. Każdy w inny sposób opowiada o swoim dzieciństwie i miejscu, w którym się wychował, w którym wykreowany został jego charakter i osobowość.
Artur Andrus:
"Moje życie to ludzie, do których się przyklejam, i miejsca, do których się nie przywiązuję".
Niektóre historie wydają mi się napisane na siłę - jakby ktoś miał po prostu mało czasu na wypełnienie danego zobowiązania i musiał powiedzieć, napisać cokolwiek, bez większego zastanowienia, nad tym, co mogłoby zainteresować Czytelnika. Są też opowieści, które są przepełnione ironią lub goryczą, albo takie, które wzruszają.

"Cudowne lata. Opowieści o miejscach, w których dorastaliśmy" to książka, w której pojawiają się błędy interpunkcyjne oraz składniowe. Być może autorki nie poprawiały tych ostatnich, ponieważ chciały, by Czytelnik nijako słyszał charakterystyczny sposób mówienia np. Muńka Staszczyka, żeby to nie była elokwentna wypowiedź, tylko prawdziwa - zawierająca emocje. Jeśli tak, to autorkom udało się sprostać temu zadaniu - czytając opowieść Staszczyka miałam wrażenie, że stoi tuż obok.

"Cudowne lata. Opowieści o miejscach, w których dorastaliśmy" trudno było mi ocenić, ponieważ poziom poszczególnych części różni się. Czy wynika to z błędów autorek, czy z nieciekawych wspomnień rozmówców? Oceńcie sami.

Ocena: 7/10

Em.

środa, 2 października 2013

"Dobranoc, kochanie"


Tytuł: "Dobranoc, kochanie"
Autor:
Tytuł oryginału: "Goodnight, beautiful" 
Tłumaczenie: Agnieszka Bachorska 
Kategoria: literatura współczesna
Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 15 lipca 2011
Liczba stron: 456
Oprawa: miękka
ISBN: 978-83-7659-372-2
Źródło okładki: www.lubimyczytac.pl

„Dobranoc, kochanie” Dorothy Koomson to książka, na którą trafiłam w Internecie szukając problemu bezdzietności w małżeństwie, opisanego w literaturze współczesnej, gdy przygotowywałam się do egzaminu maturalnego. Ta pozycja brytyjskiej autorki czekała prawie dwa lata aż ją przeczytam, ponieważ kupiłam ją, ale w prezentacji maturalnej ostatecznie skupiłam się na omawianiu innych problemów.

„Dobranoc, kochanie” to opowieść o przyjaźni i niespełnionej miłości. Nova Kumalisi i Mal Wacken znali się od dziecka. Spędzali ze sobą każdą wolną chwilę. Wspólnie dorastali, zmieniali się, dojrzewali. Zwierzali się ze swoich problemów. Współczuli sobie. Wspierali się w trudnych chwilach. Znali się na wylot. Byli prawdziwymi przyjaciółmi, którzy połączeni niewidzialnymi więzami wspólnych doświadczeń, wydawać by się mogło na zawsze nimi pozostaną.

Między Novą a Malem iskrzy. Oboje czują do siebie coś więcej niż tylko przyjaźń. Jednak żadne z nich nie robi kroku do przodu, nie wychodzi z inicjatywą, nie stawia sprawy jasno, nie odkrywa swoich uczuć przed drugą stroną. Oboje bronią się przed rodzącym się uczuciem w obawie o to, że może ono zniszczyć ich przyjaźń.

Zarówno Nova jak i Mal układają sobie życie nie pozostawiając w nim wielkiej przestrzeni dla przyjaciela z dawnych lat. W swoich związkach nie promienieją szczęściem. Przyjaciel, a później mąż Novy - Keith - daje kobiecie poczucie bezpieczeństwa, robi wszystko by ją uszczęśliwić. Udaje mu się nawet wytworzyć śnieg w maju, by na twarzy ukochanej choć na chwilę pojawił się uśmiech. Nova wie, że Keith to porządny, kochający ją mężczyzna, ale nie może zapomnieć o Malu. Z kolei Mal, ożenił się z zaborczą Stephanie, która jest bezpłodna i ma problemy psychiczne. Mężczyzna, podobnie jak Nova, wspomina razem spędzone chwile.

Po jakimś czasie małżeństwo Wackenów postanawia poprosić Novę, by urodziła im dziecko. Nova po wielu namysłach postanawia spełnić tę prośbę. Robi to tylko i wyłącznie dla Mala. Chce by był szczęśliwy. Dla niego jest nawet w stanie oddać cząstkę siebie, jaką jest dziecko, na wychowanie innej kobiecie.

Stephanie to kobieta bez skrupułów. Pewnego dnia zmusza Mala do wycofania się z umowy zawartej z Novą i całkowitego zerwania kontaktów z dawną przyjaciółką. Wyobraźcie sobie, co może czuć kobieta, która zgodziła się urodzić mężczyźnie dziecko, by wychowywał je ze swoją żoną, a nagle dowiaduje się, że umowa już nie obowiązuje. Zupełnie jakby nie chodziło w niej o żywą istotę, a o jakąś całkowicie niesistotną rzecz, z której tak po prostu można zrezygnować.

Nova zdecydowała się urodzić synka. Leo to jej oczko w głowie. Nie może uwierzyć i wybaczyć sobie, że chciała go kiedyś oddać innej kobiecie. Nie może o tym zapomnieć. Obwinia się.

Mija osiem lat. Mal w dalszym ciągu nie może zapomnieć o tym, jaką krzywdę wyrządził Novie. Nie ma kontaktu z synem. Jego małżeństwo przechodzi kryzys. Życie Novy również nie jest usłane różami. Po operacji tętniaka mózgu Leo zapada w śpiączkę. Mija dzień, dwa, tydzień, miesiąc i nic. Śpi. Jej ukochany synek śpi i nie może się obudzić.

Stan Lea pogarsza się. Nova pragnie, by Mal poznał swojego syna zanim będzie za późno. Zapomina o swej dumie i informuje Mala o chorobie i ciężkim stanie ich synka. Czy chore dziecko pomoże odbudować im uczucie? Czy przypomną sobie jak było kiedyś? Czy nie będzie na to za późno?

Dorothy Koomson używa kilku zabiegów, o których warto wspomnieć. Poznajemy tę historię z perspektywy kobiet. To one są narratorkami opowieści. Dodatkowo od czasu do czasu w książce pojawiają się wspomnienia Novy związane z Leem sprzed jego choroby. Są śmieszne. Są wzruszające. Są piękne. Przewijający się motyw snu również jest nie tylko świetnie zaplanowany, ale po prostu robi wrażenie, a w zakończeniu wywołuje ciarki.

Koomson w swojej książce przedstawia skrajnie różnych bohaterów. Mam wyrobioną opinnię na ich temat. Nova to biedna, zagubiona, samotna kobieta, która zawiodła się na kimś, kogo bardzo kochała, komu ufała, dla kogo zrobiłaby dosłownie wszystko. Stephanie to wredna, zazdrosna o relacje męża z przyjaciółką kobieta. Keith to wspaniały facet - kochający mąż, który Lea traktuje jak własnego syna, który pokochał, zaakceptował Novę z jej problemami, wszystkimi dziwnymi decyzjami i całą przeszłością. Szkoda, że Nova go nie docenia, nie widzi, że ma przy swym boku ideał. A Mal? Mal to frajer. Frajer, który nie umie zachować się jak mężczyzna. Nie umie podjąć trudnej decyzji. Nie umie odejść. Wziąć odpowiedzialności na swoje barki. To cichy, potulny frajer. Muszę to powiedzieć - brak mu jaj. Popełnia wszelkie możliwe błędy. Robi to samo, co jego ojciec, a za żonę wybrał sobie kobietę, która przypomina jego matkę. Nie uwalnia się z więzów przeszłości. Nie przerywa pasma błędów, ale nijako dziedziczy je po rodzicach i bez zastanowienia stosuje we własnym życiu.

„Dobranoc, kochanie” Dorothy Koomson to opowieść o zagubionych ludziach, których życie mogłoby ułożyć się w zupełnie inny sposób, którzy mogli by być najszczęśliwszymi ludźmi na świecie. Nie zgadzam się ze wszystkimi decyzjami, które podjęli bohaterowie tej książki, ale akceptuję je. Niektóre z nich są dla mnie bardzo zaskakujące, inne przerażające np. w jak bardzo zwierzęcy sposób bohaterowie ukajają ból. „Dobranoc, kochanie” nie jest perfekcyjną książką pod względem językowym, nie każdy rozdział jest napisany równie ciekawie, ale to w tej książce nie jest najważniejsze. Najbardziej istotne są emocje, które szargają Czytelnikiem, które sprawiają, że płaczesz, bo się wzruszasz lub też dlatego, że cierpisz razem z bohaterami.

Ocena: 8/10

Em.