niedziela, 28 lipca 2013

„Pachnidło. Historia pewnego mordercy”


Tytuł: „Pachnidło. Historia pewnego mordercy”
Autor:
Tytuł oryginału: "Das Parfum: die Geschichte eines Mörders" 
Tłumaczenie: Małgorzata Łukasiewicz
Wydawnictwo: Świat Książki
Data wydania: 2008
Liczba stron: 256
Oprawa: miękka 
ISBN: 978-83-247-1308-0
Źródło okładki: http://lubimyczytac.pl/

„Pachnidło. Historia pewnego mordercy” Patrick’a Süskind’a to opowieść, z której końcem do dziś nie mogę się pogodzić. Wciąż czekam na jej dalszy ciąg.

Zacznę od tego, że „Pachnidło” czytałam z ogromnym zainteresowaniem, wręcz fascynacją autorem i historią, którą udało mu się stworzyć. Czytając nie tylko widziałam opisywane przez Süskind’a obrazy, ale również słyszałam dźwięki mieszania różnych mikstur i co najważniejsze - czułam zapachy.

Wydawało mi się, że dawno nie czytałam tak wspaniałej, perfekcyjnie wykończonej historii. Wydawało mi się tak dopóki nie przewróciłam ostatniej strony i nie zamknęłam książki. Byłam naprawdę rozczarowana jej zakończeniem. Z jakich powodów nie przypadło mi do gustu? Już wyjaśniam.

UWAGA! SPOILER!
Jan Baptysta Grenouille, główny bohater „Pachnidła”, był obdarzony węchem doskonałym. By stworzyć niepowtarzalny, doskonały zapach zabijał kobiety. Ojciec jednej z nich dowiedział się, że to Baptysta jest działającym z premedytacją zbrodniarzem. Chciał pomścić córkę. Jedna z ostatnich scen książki to moment, w którym ojciec dziewczyny chce zabić Grenouille. Ten jednak wyperfumował się zapachem, który „powoduje przychylność ludzi”. Zamiast dokonania zbrodni, ojciec zabitej kobiety wyznaje Baptyście, że jest wspaniałym człowiekiem i że będzie traktował go jak syna.

To jest nieprawdopodobne, po prostu niemożliwe. TAK NIE MOGŁO BYĆ! To zbyt proste. Z drugiej jednak strony być może ten zabieg miał tylko wzmocnić siłę zapachów, o której w całej książce jest mowa, na których w gruncie rzeczy opiera się cała fabuła.

Usatysfakcjonowałby mnie właściwie tylko jedno zakończenie „Pachnidła”. Zabicie i wcześniejsze torturowanie tej ludzko-kształtnej kreatury jaką był Grenouille. Chciałabym, by czuł to, co odczuwały jego ofiary. Chciałabym zobaczyć strach w jego oczach. Pragnę, by zginął od własnej broni. To jest mój upragniony sposób na rozprawienie się z tym nieludzkim tyranem - wciąż czekam na krwawy dalszy ciąg tej opowieści.

Moja ocena nie jest wysoka. Uzasadniłam Wam ją powyżej, ale jeszcze raz powtórzę. Zakończenie tej "Historii pewnego mordercy" mnie odrzuciło. Wywołało we mnie wiele negatywnych emocji, ale również rozważań. Wydało mi się nieprawdopodobne, zbyt proste. Jednak mimo tego, o czym wspomniałam uważam, że "Pachnidło" jest obowiązkową lekturą dla każdego człowieka. Patrick Süskind ukazał w tej książce swój pisarski majstersztyk. Tak synestezyjnego opisu, jaki stworzył autor, już dawno nie czytałam. Pobudzał wszystkie moje zmysły.

Wybacz Patricku Süskind. Wybacz, ale muszę. Specjalnie zwlekałam z napisaniem tej recenzji, ale nie mogę postąpić inaczej. To jest moja słodka zemsta na Grenouille. Skrzywdzę Cię za niego, za postać, którą wykreowałeś tak doskonale, bo nie mogę się pogodzić z zakończeniem, nie mogę znieść myśli, że coś takiego mogło się stać.

Ocena: 4/10

Em.

czwartek, 25 lipca 2013

"A miało być tak spokojnie"

 

Tytuł: "A miało być tak spokojnie" 
Autor: Anna Makos
Lektor: Olga Bończyk             
Rodzaj: audiobook
Długość: 10 godz. 28 min.
Gatunek: literatura piękna
Realizacja nagrań: audioteka.pl
Źródło okładki: www.audioteka.pl

„A miało być tak spokojnie” Anny Makos to kolejny audiobook, którego wysłuchałam.

O autorce nie mogłam znaleźć w internecie wielu informacji. Wszystkie, z którymi się zapoznałam pojawiały się w kontekście "A miało być tak spokojnie". Wnioskuję więc, że omawiana przeze mnie pozycja jest  literackim debiutem autorki. Zastanawiam się jaki jest więc sens w rozpoczynaniu kariery od wydania książki, która opisuje wszystko, co już zostało opisane, która jest, w mojej opinii, plagiatem wcześniej wydanej książki przez inną autorkę? Ale... zacznijmy od początku.

„A miało być tak spokojnie” opisuje losy Majki Leśniewskiej, która z zawodu jest dziennikarką i nauczycielką. W pewnym momencie decyduje się na poważny krok. Ma dość hałaśliwego, tętniącego życiem miasta. Przeprowadza się na wieś. I od tego czasu w jej życiu zachodzi wiele zmian.

Majka kupuje dom w Miłkowie, który wymaga remontu. Udaje jej się doprowadzić ten budynek do stanu używalności. Co więcej – już wkrótce staje się jej przystanią, w której uwielbia spędzać wolny czas. A ogród, który otacza posesję jest dla Majki prawdziwym rajem.

Majka wraz z przyjaciółką Jolą postanawiają zainwestować we własny biznes. Chcą mieć pensjonat z restauracją. Obie kobiety wydają się być bardzo naiwne. Ich podejście do interesu można byłoby scharakteryzować podobnie. Gdy zastanawiają się wspólnie nad menu w knajpie, czy w czasie remontu – powiewa ludzką głupotą. Zarówno Majka jak i Jola porywają się na coś o czym nie mają zielonego pojęcia. No cóż – można je podziwiać za to, że nie myślą o barierach i dążą do spełniania własnych marzeń, albo potępiać za bezmyślność.

Tak jak już wspomniałam moment, w którym Majka przeprowadza się na wieś jest przełomową chwilą w jej życiu. Oprócz domu, w krótkim czasie zyskuje przyjaciela, miłość, restaurację i w gruncie rzeczy spokojne życie, w które wplecione są niegroźne zawirowania.

Podsumowując – słuchając tego audiobooka miałam wrażenie, że to wszystko już było, że ktoś zdarzenia z „A miało być tak spokojnie” opisał już wcześniej. Nie musiałam się długo zastanawiać, by przypomnieć sobie niedawno zresztą przeczytaną przeze mnie książkę „Nigdy w życiu” Katarzyny Grocholi. Ma ten sam trzon, choć różni się odnogami. Nie zmienia to jednak faktu, że opowieść Anny Makos niewiele się różni od wcześniej napisanej historii stworzonej przez Grocholę. W jednym zdaniu można byłoby obie streścić w następujący sposób - samotna kobieta kupuje dom na odludziu, remontuje go, znajduje miłość i jest szczęśliwa.

Wybierając „A miało być tak spokojnie” nie oczekiwałam wiele. Chciałam posłuchać czegoś, co mnie zrelaksuje, czegoś przy czym nie trzeba będzie dużo myśleć, czegoś „do poduchy”. Podejrzewam, że gdybym słuchała opowieści Anny Makos w innym momencie mojego życia ocena tej książki byłaby dużo niższa. 

Jeżeli szukacie czegoś na plażę - polecam Wam tę pozycję. Jeśli jednak chcecie przeczytać coś, co zapadnie Wam w pamięć - to nie jest dobry tytuł.

Ocena: 4/10

Em.

sobota, 20 lipca 2013

"Zwierzę też człowiek"






Tytuł: "Zwierzę też człowiek" 
Autor: Andrzej Mleczko  
Wydawnictwo: Grupa Wydawnicza Kaw
Data wydania: 1997
Liczba stron: 160
Oprawa: miękka
ISBN: 9386942118







Rozczarowanie. Brak słów.

Po raz pierwszy nie wiem, co napisać o książce, co zamieścić w recenzji. Zwykle, gdy nawet dana pozycja książkowa mi się nie podobała, mogłam pisać o niej i pisać, by uzasadnić Wam moje zdanie, by przedstawić moje zarzuty do fabuły, zakończenia lub braku złożoności psychiki bohaterów. A tu? Naprawdę mam problem, bo książka jest niestety o niczym.

"Zwierzę też człowiek" Andrzeja Mleczki to zbiór rysunków, które próbuje spajać tematyka. Książka, rysunki w niej zamieszczone, w całości są poświęcone zwierzętom. Ja, jako ich miłośnik, gdy tylko przeglądając domową biblioteczkę zobaczyłam ten tytuł, wyjęłam tę pozycję i położyłam ją na biurku w kolejce do czytania. Byłam nią bardzo zaciekawiona. Znałam twórczość Andrzeja Mleczki, która pojawiała się w gazetach. Nigdy jednak dotychczas, nie spotkałam się z nią w zebranej wersji książkowej. I może lepiej by było gdyby tak zostało? Z pewnością, bo do momentu przeczytania tej książki zawsze miło wspominałam śmieszne wstawki Andrzeja Mleczki w gazetach.

Rysunki w "Zwierzę też człowiek" przedstawiają sytuacje, w których zwierzęta wcielają się w rolę ludzi, w których ludzie je wykorzystują oraz po prostu takie, w których zwierzęta odczuwają emocje. W dużej mierze jednak rysunki Mleczki przedstawiają, dotyczą spraw, które mnie nie śmieszą. Ileż można oglądać jak zwierzę załatwia swoją potrzebę fizjologiczną, czy w jaki sposób i z kim "pracuje" nad przedłużeniem gatunku? Ileż razy można oglądać to samo w wykonaniu świń, krów, psów, kotów czy zajęcy? Na pewno nie tak często jak w książce "Zwierzę też człowiek".

Jedyne, co podobało mi się w tej książce - bo zawsze staram się wyszukać czegoś na plus - to rysunek, który odnosi się do mojego przyszłego zawodu.


Ocena: 1/10

Em.

wtorek, 16 lipca 2013

"Control"

źródło obrazka: www.filmweb.pl

"Control"

Tytuł oryginalny: "Control"
Gatunek: dramat
Produkcja: Wielka Brytania, Stany Zjednoczone
Data premiery na świecie: 17 maja 2007

Data premiery w Polsce: 7 marca 2008
Czas trwania: 121 minut
Reżyseria: Anton Corbijn 
Scenariusz: Matt Greenhalgh 
Główne role: Sam Riley, Samantha Morton, Alexandra Maria Lara, Joe Anderson, Harry Treadaway, James Anthony Pearson
Muzyka: Joy Division, New Order 
Zdjęcia: Martin Ruhe
Scenografia: Chris Roope 

"Control" to pierwszy pełnometrażowy film fabularny Antona Corbijna. Jest to film biograficzny - ukazuje siedem ostatnich lat życia wokalisty zespołu Joy Division (który istniał naprawdę) - Iana Curtisa.

 źródło obrazka: www.guardian.co.uk

Według mnie jest to bardzo zawiła, a jednocześnie niesamowicie ciekawa historia. Ian (Sam Riley) jest wznoszącą się gwiazdą muzyki. Choruje na epilepsję. Jest rozdarty nie tylko między rodziną, a kochanką. Jest rozdarty przede wszystkim życiowo - między starym i nowym sobą, co powoli doprowadzi go do samobójczej śmierci.

"Control" to trudny film. Ukazuje przemianę głównego bohatera ze zwykłego człowieka w artystę, gwiazdę. Ukazuje czarne strony bycia muzykiem z pierwszych stron gazet. Ian niestety nie jest w stanie znieść obciążenia spowodowanego popularnością. Nie umie sobie poradzić z nową sytuacją, w której się znalazł. Ten film ukazuje, że sława szczęścia nie daje, a wyniszcza od środka i nie mam tu na myśli wyniszczenia spowodowanego tylko i wyłącznie przez uzależnienia od narkotyków czy alkoholu, czy nawet od rozwiązłego trybu życia.

 źródło obrazka: www.tumblr.com

Pokazane w filmie sceny z koncertów zespołu Joy Division nie były odtwarzane z playbacku - aktorzy naprawdę śpiewali i grali na instrumentach. Uważam, że to wielki plus tego filmu. Rzadko kiedy można się jeszcze z takim zabiegiem spotkać.

źródło obrazka: clenio-umfilmepordia.blogspot.com

Najbardziej interesujące w tej historii jest dla mnie to, że opowiada o ludziach, którzy istnieli naprawdę, którzy mimo swej sławy i popularności borykają się z takimi samymi problemami jak zwykły śmiertelnik - chcą być akceptowani, wspierani, kochani, a potwornie boją się samotności.

Ocena: 7/10

Po obejrzeniu tego filmu znalazłam kolejny zespół, który trafił na moją playlistę. Joy Division - to jest to! Ten klimat, atmosfera. Nie jest to co prawda muzyka, której można słuchać na okrągło. Dodatkowo należy wsłuchać się nie tylko w samo jej brzmienie, ale również w przesłanie i zapoznać się z historią zespołu - dopiero wtedy muzyka Joy Division nabiera sensu - tak było w moim przypadku.


Em.

piątek, 12 lipca 2013

Książki dla dzieci

źródło obrazka: happy.edu.pl

Ostatnio przeczytałam książkę pt. "Finn nieokiełznany" Oliviera Uschmanna. Jestem wciąż pod jej ogromnym wrażeniem - NEGATYWNYM wrażeniem. Jeżeli czytaliście moją opinię - zrozumieliście dlaczego nie doceniam tej książki, a jeśli nie zgadzacie się ze mną, to przynajmniej poznaliście mój punkt widzenia.

W skrócie mówiąc w książce "Finn nieokiełznany" pojawia się, moim zdaniem, niewłaściwe przesłanie. Przesłanie pod każdym względem antywychowawcze. Lektura tej książki zmusiła mnie, by napisać dzisiejszą notkę, w której razem z Wami chciałabym zastanowić się nad kondycją literatury dla dzieci - co powinno być jej priorytetem, a co sprawą drugorzędną? Czy stawiać na efekciarstwo, czy na treść?

Zacznijmy od tego, że dzieciom trzeba czytać. Uważam, że zacząć należy jak najwcześniej. Rodzice muszą zaszczepiać w swoich pociechach chęć do poznawania książkowych historii. Dzieci najpierw będą tylko ich słuchać, następnie zaczną oglądać obrazki, aż w końcu same sięgną po książkę i zaczną układać litery w sylaby, w wyrazy, aż w końcu w całe zdania, akapity. Poznany przez nie alfabet pozwoli im na samodzielną podróż w inny świat. Świat, którego bramę otworzyli przed nimi rodzice.

źródło obrazka: www.123rf.com

Moim zdaniem kondycja literatury dla dzieci jest coraz gorsza. Niestety programy telewizyjne oraz gazetki dla najmłodszych również nie prezentują najwyższego poziomu. Ich autorzy stawiają przede wszystkim na to, by ich produkt był kolorowy, a nie wartościowy. To przygnębiające, ale nikt już nie napisze takich wychowawczych i ponadczasowych baśni jak Andersen. Te pochodzące z dziewiętnastego stulecia historie budzą w dzieciach wszystkie emocje. Świat nie jest różowy. Są dobrzy i źli ludzie. Pokazując dzieciom taką rzeczywistość, autor uczy je, by wyzbyć się naiwności. Doceniam Andersena właśnie za to, że stworzył w swoich baśniach prawdziwy świat, który łączy się ze światem fantazji, który pobudza dziecięcą wyobraźnię.

Uważam, że książki dla dzieci powinny spełniać przede wszystkim jeden warunek. Powinny być mądre. A mądre oznacza, że powinny uczyć, że powinny rozwijać, że powinny opisywać trudne sytuacje, które dziecko może przeżyć, że powinny wskazywać mu drogę jak z nich wybrnąć. Bajkoterapia to sposób, by dziecko poradziło sobie ze swoim problemem. Widzi, że nie jest z nim samo, że bohaterka danej opowieści przeżywa identyczną sytuację, że z niej wychodzi. Oczywiście książki dla dzieci powinny być (tego Andersenowi także nie brakuje) również ciekawe, powinny opisywać przygody, ale to jest, jak dla mnie, sprawa drugorzędna.

Jeszcze raz powtórzę: książki dla dzieci powinny być przede wszystkim mądre, bo "czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał"!

A Waszym zdaniem, jaka jest kondycja literatury dziecięcej?

Em.

poniedziałek, 8 lipca 2013

"Finn nieokiełznany"




Tytuł: "Finn nieokiełznany"
Autor:  
Tytuł oryginału: "Petits crimes conjugaux" 
Tłumaczenie: Mirosława Sobolewska 
Wydawnictwo: Dreams 
Data wydania: 2013 
Liczba stron: 281 
Oprawa: miękka 
ISBN: 9788363579258 
Źródło okładki: http://lubimyczytac.pl/




"Finn nieokiełznany" to opowieść o przyjaźni między trzema diametralnie różniącymi się chłopcami. Finn to niecodzienny nastolatek. Zajmuje się obserwowaniem rzeczywistości. Wyciąga wnioski i układa historie, w których kreuje swój własny świat. Jego kumple Flo i Lukas przedstawiają raczej współczesny wizerunek młodzieży. Flo to otyły gracz komputerowy, którego celem życiowym jest przejście kolejnego poziomu. Spędza on cały wolny czas zmieniając tylko ekrany przed sobą: z monitora komputera, na ekran konsoli. Lukas z kolei, to utalentowany piłkarz. Jest wysportowany i chce osiągnąć sukces. Chce trenować, chce być najlepszy.

Zauważyłam, że cząstka każdego z tych nastoletnich chłopców jest w autorze "Finn nieokiełznany". Po pierwsze tak jak tytułowy bohater Oliver Uschmann zajmuje się wymyślaniem historii, choć robi to w innym celu niż Finn. Pracuje jako dziennikarz w branży gier komputerowych - ma taką pasję jak Flo. Oprócz tego niczym Lukas, w wolnym czasie gra w piłkę nożną.

Pewnego dnia na lekcji nauczyciel wf-u Pan Broich wypowiada słowa, które w przyszłości zainspirują chłopców. Nastolatkowie postanowią zagrać w grę w realu, postanowią wziąć udział w wyzwaniu jakim będzie gra "Na przełaj". Polega ona na tym, że w ciągu jednego dnia należy iść cały czas prosto bez względu na to, jakie przeszkody się napotka. Nie można zmienić obranej drogi. Chłopcy będą musieli wykorzystać zdolności każdego z osobna. Będą sobie przyznawać punkty niczym w grze komputerowej za zręczność, czy też magię. To zadanie stanie się oczywiście domeną Flo. Będą musieli również wykorzystać umiejętności sportowe Lukasa oraz łatwość do wymyślania historii Finna. Tym sposobem oderwą się od zwykłej codzienności.

Jeżeli więc chcecie zapoznać się ze wszystkimi przygodami i wyzwaniami, którym stawić czoła będą musieli chłopcy; jeżeli macie ochotę dowiedzieć się, co zrobi Finn, by uratować rodzinną drukarnię; jeżeli interesuje Was w jaki sposób nastolatkowie staną się gwiazdami filmu - to książka właśnie dla Was.

Olivierowi Uschmannowi udało się oddać sposób myślenia dzieci - trochę naiwny, ale przepełniony szczerością. To, co opisuję dobrze zobrazował moment, w którym Finn mówił o śmierci, co trochę mi przypomina nie tak dawno omawiany przeze mnie wiersz "Kot w pustym mieszkaniu" Wisławy Szymborskiej", w którym tytułowy zwierzak ma podobne podejście do umierania:
"Śmierć to jedno, wielkie świństwo".
Autor dodał do wizerunku dzieci, również cechy charakteryzujące współczesną młodzież, ich zinformatyzowane słownictwo przepełnione levelami, zadaniami oraz punktami.

Uważam, że przeczytanie "Finn nieokiełznany" może być dla współczesnej młodzieży dobrym pomysłem na spędzenie wolnego czasu.

Z drugiej strony jest jednak w tej książce coś, czego dzieciom nigdy bym nie poleciła. Główny bohater książki, wspominany Finn, często używa kłamstwa, by wydostać się z tarapatów. On sam nazywa to jednak "wymyślaniem historii". Nie byłoby w tym nic złego - uznałabym to za niewinny, dziecięcy sposób na wyjście z trudnej sytuacji, gdyby nie to, w jaki sposób kończy się ta książka, co staje się jej przesłaniem.
Finn:
"Zastanawiałem się, czy to nie byłoby dobre zadanie, żeby przez tydzień mówić tylko prawdę. Publicznie i wszystkim. Nawet jeśli miałoby to kogoś zranić. To byłoby jednak zbyt radykalne. Już wolę kłamać. Albo lepiej: opowiadać dobre historie".
Dodatkowo, sądzę, że warto zwrócić uwagę, że w ciągu całej książki Finn tylko dwa razy mówi prawdę i właśnie wtedy źle się to dla niego kończy. 

To, moim zdaniem, ogromny minus tej książki - w pewnym sensie zachęca do kłamstwa. Nieukształtowane istoty, jakimi są dzieci, mogą zacząć naśladować grę słów Finna, mogą zacząć "opowiadać dobre historie". Uważam, że nawet ciekawie napisana przez autora opowieść, nie jest w stanie naprawić katastroficznego przesłania. Gdy będę miała własne dziecko, postaram się, by nie trafiło na tę pozycję.

Ocena: 4/10

Em.

piątek, 5 lipca 2013

"Małe zbrodnie małżeńskie"





Tytuł: "Małe zbrodnie małżeńskie" 
Autor:
Tytuł oryginału: "Petits crimes conjugaux"
Tłumaczenie: Barbara Grzegorzewska
Wydawnictwo: Znak
Data wydania: 2005
Liczba stron: 100
Oprawa: miękka
ISBN: 83-240-0580-3
Źródło okładki: http://lubimyczytac.pl/





Francuski pisarz Éric-Emmanuel Schmitt w dramacie pt. "Małe zbrodnie małżeńskie" opisuje związek Lisy i Gillesa Sobiri. Opowiada on o relacjach uczuciowych małżeństwa z 15-letnim stażem. Akcja utworu rozgrywa się w domu głównych bohaterów. Cała książka opisuje rozmowę między małżonkami po powrocie męża ze szpitala. Gilles udaje przed Lisą, że cierpi na amnezję. W ten sposób wypytując żonę o to jaki był, chce poznać idealny obraz męża, który wykreuje Lisa. Ona opowiada o małżonku sprzed wypadku prawie w samych superlatywach, co nie jest zgodne z prawdą. Przedstawia go jako wiernego, dobrego, opiekuńczego męża. 

Gdy Gilles powie żonie prawdę, powie dlaczego udawał, że stracił pamięć, Lisa również odkryje karty przed mężem - ujawni cel swojego działania.
Gilles: 
"Moja amnezja to był rodzaj śledztwa, próba zrozumienia: chciałem się dowiedzieć, dlaczego nienawidzisz mnie tak bardzo, że uderzyłaś mnie w ciemności. Moja amnezja to było kłamstwo, żeby wrócić, żeby cię odzyskać. Kłamałem ci z miłości." 
Lisa:
"Masz rację: wymyśliłam cię na nowo, reutylizuję! Ze starych danych tworzę nową jakość. Rzeźnię kogoś lepszego niż ten, którego znałam, wymazuję twoje wady, ukrywam je przed tobą, przypisuję zalety, których ci brakowało, przerabiam cię tak, żebyś pasował do idealnego związku, żebyś mi odpowiadał. W tej chwili urządzam swoje życie małżeńskie, zachowuję fasadę, ale odnawiam wnętrze. Bawię się jak szalona! Realizuję marzenie każdej kobiety: wytresować męża po piętnastu latach wspólnego życia."
"Razem źle, osobno jeszcze gorzej" - tak nazwałam problem obecny w małżeństwie Sobiri. Moim zdaniem czyha on przede wszystkim na małżeństwa z długoletnim stażem. Małżonkowie znają swoje zalety, wady, wiedzą o sobie wszystko. Na przykładzie związku Lisy i Gillesa możemy zauważyć, że zarówno żonie jak i mężowi trudno było zaakceptować nawzajem swoje zachowania: zdrady Gillesa, alkoholizm Lisy. Mimo to, nie umieli bez siebie żyć, nadal trwali w związku i znosili się nawzajem, bo trudno powiedzieć tolerowali.

Gilles zapytał żonę wprost, czy życie z nim jest dla niej piekłem. Ona odpowiedziała: 
„Niewątpliwie jest piekłem, ale ... w pewnym sensie ... zależy mi na tym piekle. (...) Jest w nim ciepło. (...) I mam w nim swoje miejsce”.
Małżonkowie tkwią w toksycznym, wyniszczającym związku. Co prawda Gilles zapewnia Lisę o swej miłości, ale co to za miłość, która rani partnera? Ich związek trwa. Zarówno Lisie jak i Gillesowi zależy na sobie. Ale co to za małżeństwo kiedy żyją w ciągłym utrapieniu? Moim zdaniem małżonkowie tak naprawdę wcale się nie kochają, a są tylko uwikłani w swoje zależności.

Zastanawiam się czy małżeństwo Lisy i Gillesa przetrwa – Schmitt nie daje czytelnikowi jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Z drugiej strony myślę, czy warto zabiegać o związek z tak poważnymi obciążeniami? Czy warto walczyć o małżeństwo za wszelką cenę? Czy nie lepiej zamknąć za sobą pewien etap i rozpocząć nowy? Z jakich pobudek ludzie podejmują te ważne decyzje? Na te pytania nie da się jednoznacznie odpowiedzieć, bo każdy związek jest inny, ponieważ różni ludzie go tworzą.

Przed lekturą obejrzyjcie dokładnie okładkę tej pozycji. Zróbcie to samo również po zakończeniu czytania. W pierwszym przypadku będzie dla Was zapewne tylko ciekawą, być może nawet śmieszną okładką, ale w drugim stanie się wyjątkowo prawdziwa.

Éric-Emmanuel Schmitt jest przede wszystkim kojarzony z książką o śmiertelnie chorym chłopcu - “Oskar i Pani Róża”. Dla mnie jednak jego najwybitniejszym dziełem pozostaną omawiane „Małe zbrodnie małżeńskie”. Jest to cudowna, poruszająca, ze zwrotami akcji historia o docieraniu się, o tym, jak trudno jest żyć razem.

Ocena: 10/10

A jak jest z Wami – które książki tego autora doceniacie, a których Waszym zdaniem nie należy czytać?

Em.