piątek, 13 września 2013

2pac [*]

 źródło obrazka: www.medievalbeatz.com

Dziś mija siedemnaście lat od śmierci Tupaca Shakura. Ten amerykański raper, poeta i aktor zmarł w wieku dwudziestu pięciu lat z powodu odniesionych ran podczas strzelaniny.

2pac był bardzo utalentowanym człowiekiem. Kto z nas nie zna jego największych przebojów "Changes" czy "Only God can judge me"? Muzykę 2paca znam od zawsze. Już jako nastoletnia dziewczynka słuchałam jego utworów. Fascynowała mnie wpadająca w ucho muzyka ze świetnym, niosącym przesłanie tekstem. 

Tupaca jako artystę polubiłam również za coś innego - za jego drugą twarz. Większość ludzi wie, że 2pac był raperem, że miał na koncie przeboje, które zna cały świat. Jednak nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że był to człowiek bardzo wrażliwy. A tę wrażliwość można dostrzec przede wszystkim w jego wierszach.

Ludzie często oceniają po pozorach. Myślą: „raper i wiersze? Coś tu nie pasuje, coś tu nie gra”. A jednak. Najsławniejszy utwór 2paca to „Róża, która wyrosła na betonie”. Tak zatytułowany jest również tomik wierszy tego artysty. W tym zbiorze Tupac przedstawia inne oblicze. Już nie jest nieustraszonym mężczyzną bez zahamowań. W wierszach ukazuje swoje słabości. Obnaża się. Jest to wrażliwy człowiek. Człowiek, który w swoim krótkim życiu wiele doświadczył - od trudnego dzieciństwa poprzez burzliwą młodość, aż do tragicznej śmierci.
"Róża która wyrosła na betonie"
Czy słyszałeś o róży,
która wyrosła ze szczeliny w betonie
Wbrew prawom natury nauczyła się chodzić
nie mając nóg
Zabawne jest też to,
że marzeniom zawdzięcza
umiejętność oddychania powietrzem
Niech żyje róża,
która z betonu wyrosła
i o którą nikt się nawet przez chwilę nie troszczył!
źródło obrazka: www.fanpop.com
"The rose that grew from concrete"
Did you hear about the rose that grew
from a crack in the concrete?
Proving nature's law is wrong it
learned to walk with out having feet.
Funny it seems, but by keeping it's dreams,
it learned to breathe fresh air.
Long live the rose that grew from concrete
when no one else ever cared.
Szkoda, że taki artysta jak 2pac odszedł tak wcześnie.

Em.

czwartek, 12 września 2013

"Pięć osób, które spotykamy w niebie"


Tytuł: "Pięć osób, które spotykamy w niebie"
Autor:
Tytuł oryginału: "The five people you meet in heaven" 
Tłumaczenie: Joanna Puchalska
Wydawnictwo: Świat Książki
 
Data wydania: 2008   
Liczba stron: 200 
Oprawa: miękka    
ISBN: 9788324707706 
Źródło okładki: www.empik.com

Co się ze mną stanie, gdy umrę? Czy z chwilą, gdy moje serce przestanie bić, tak po prostu zniknę? Czy istnieje życie po śmierci? Jak tam jest?

Myślę, że każdy z nas zadawał sobie kiedyś takie pytania. Rozważał, jak będzie wyglądał świat, w którym znajdzie się po śmierci. Zastanawiał się, czy wizerunek nieba i piekła, jest w rzeczywistości podobny do naszych, literackich czy kulturowych wyobrażeń.

Mitch Albom w książce "Pięć osób, które spotykamy w niebie" przedstawia własną wizję raju, która nie pokrywa się z ogólnie przyjętą. Główny bohater książki - Eddie - w niebie nie od razu może cieszyć się wiecznym szczęściem. Musi jeszcze przebyć określoną drogę i wiele zrozumieć, by osiągnąć ten stan.

Osiemdziesięciodwuletni Eddie pracuje jako szef nadzoru technicznego w wesołym miasteczku o nazwie Rubyland.  Jest wdowcem, doskwiera mu samotność. W życiu nie osiągnął niczego spektakularnego - nie odkrył nowego kontynentu, pierwiastka, czy leku. W postawie Eddiego widać zobojętnienie względem życia. Przyjmuje je takim jakie jest. Nie próbuje niczego zmieniać. Mitch Albom zwraca uwagę Czytelnika na to, że każdy z nas jest potrzebny i wartościowy.
„Każdy ma swoją własną wizję nieba - podobnie jak ma ją większość religii - i wszystkie one zasługują na szacunek. Przedstawiona tu wersja to wprawdzie tylko domysł, ale i zarazem gorące życzenie, by ludzie tacy jak wuj Eddie - którzy tu, na ziemi, czuli się szarzy i niepozorni - uświadomili sobie, jak naprawdę byli potrzebni i jak bardzo byli kochani". 
Eddiego poznajemy w chwili, gdy została mu już tylko jedna godzina ziemskiego życia. Kolejne strony opowieści o tym starszym człowieku to nijako odliczanie do jego śmierci, to nieuchronne zbliżanie się do niej. Eddie umiera ratując małą dziewczynkę. Zaraz po tym trafia do nieba.

Swoją drogą uważam, że ciekawe jest to, że książka zaczyna się od rozdziału pt. "Koniec". Mitch Albom jednoznacznie w nim stwierdza, że tak naprawdę każde zakończenie jest zarazem początkiem. Trudno się z tym nie zgodzić. Jak się okazało, tak było również w przypadku Eddiego.

Po śmierci Eddie ma okazję ponownie przeżyć poszczególne etapy życia. W niebie, na swojej drodze spotka pięć osób. Każda z nich nauczy staruszka czegoś nowego, otworzy mu oczy na coś, czego dotychczas nie dostrzegał. Spotkani w niebie ludzie dadzą Eddiemu swoistą lekcję życia, z której i my możemy czerpać.

Mitch Albom zwraca uwagę Czytelnika na to, że ludzkość stanowi jedną wielką całość - całość, której poszczególne elementy nieustannie na siebie oddziałują.
„Żadna historia nie jest oderwana od innych. Czasami historie splatają się ze sobą, a czasem pokrywają się wzajemnie, tak jak rzeka pokrywa kamienie.”
Każda z pięciu osób, które Eddie spotkał w niebie przekazuje mu bardzo mądre rzeczy - najprostsze z prawd. Mówią mu o tym, że w życiu każdego z nas zdarzają się przypadki, ale one wszystkie są po coś. Nawet jeśli w ich wyniku coś tracimy - dzieje się to, by coś nam uzmysłowić. Stwierdzają, że czasem należy złożyć ofiarę, dać coś od siebie, by coś zyskać. Albom, głosem wykreowanych przez siebie bohaterów, na łamach swojej książki, mówi również o tym, że nie wolno dusić w sobie gniewu, że należy wybaczać. Nie można nienawidzić, bo owa nienawiść zżera od środka. Autor zwraca również uwagę na to, że prawdziwej miłości nic nie może przerwać, zniszczyć. Gdy ukochana osoba umiera, odchodzi w nieznane, uczucie do niej przybiera jedynie inną formę. Nie można tej osoby dotknąć, ale można o niej pamiętać. Jest wciąż żywa we wspomnieniach osób, które ją kochały. Ten fragment książki wzrusza i wywołuje dreszcze.
"Życie musi się kiedyś skończyć - dodała - Miłość nie."
Podczas niebiańskiej podróży Eddiego, mężczyzna nie tylko poznaje odpowiedzi na dręczące go pytania, ale również odbywa podróż w głąb samego siebie, by w końcu osiągnąć szczęście, wewnętrzną równowagę, harmonię z samym sobą. Taki właśnie jest cel nieba.
"Na tym polega niebo. Masz zrozumieć swoje wczoraj."
"Pięć osób, które spotykamy w niebie" to historia o każdym z nas. To opowieść o człowieku, który nie doceniał tego, co miał, który nie zauważał, że to, co robi każdego dnia jest ważne i potrzebne. Mitch Albom, o czym już wspominałam, zawarł w tej książce życiowe drogowskazy, najprostsze z prawd, które każdy z nas powinien wziąć sobie do serca. Niewątpliwie treść tej pozycji jest bardzo wartościowa. Jednak sposób opisania historii Eddiego niestety mnie nie porwał. Mimo to, licząc na tak samo głębokie, cenne przesłanie, w przyszłości sięgnę po inne książki Mitcha Alboma.

Ocena: 6/10


Em.

środa, 11 września 2013

Vittotio De Sica #1

źródło obrazka: www.tapetus.pl

"Tylko piękne kobiety jako komplement traktują pochwałę ich umysłu".

- Vittotio De Sica

wtorek, 10 września 2013

Nowości!

źródło obrazka: http://www.boningen.org/

Wakacje to czas beztroskiego wypoczynku, ale również, jak się okazało, mnóstwa nowych pomysłów wpadających do głowy, które czekają na wprowadzenie w życie. W związku z tym, już wkrótce na blogu pojawi się kilka nowych cyklów. Pierwszy z nich poznacie już dziś. :)

Każdy z nas ma swoje ukochane cytaty, które mógłby powtarzać w nieskończoność. Niektórzy czytając, oglądając filmy, słuchając piosenek - zapisują je w specjalnie przygotowanych zeszytach. Co jest ich główną zaletą? Nie tylko fakt, że pomagają zrozumieć określone zjawiska, uwidaczniają czasem to, co skryte, ale przede wszystkim istotne jest to, że trafiają w sedno. Są krótkie, a przez to błyskotliwe i często zaskakujące.

Ja również mam swoje ulubione cytaty. Zamierzam podzielić się nimi z Wami. Mam nadzieję, że przedstawiane przeze mnie myśli będą wywoływać burzliwe dyskusje. Co ciekawe, i być może dla Was zaskakujące, cytaty nie będą pochodziły tylko i wyłącznie z książek, filmów, tekstów piosenek, czy ich twórców, ale także z rozmów z naukowcami, być może muzykami. Będę przedstawiać Wam to, co mnie zainteresuje, to z czym się zgadzam i co budzi moją irytację.

Jak już wspomniałam cytaty, aforyzmy cechują się tym, że, trafiają w sedno. Uważam więc, za zbędne tłumaczenie i komentowanie każdego z nich. Zazwyczaj przekaz jest prosty, a rozważanie tematu przeze mnie zmuszało by mnie do używania banalnych sloganów.

Zachęcam za to Was do aktywności, do dyskusji, do odpowiedzi na pytania, czy zgadzacie się z tym, co powiedziała konkretna osoba, czy sądzicie zupełnie inaczej, czy doświadczyliście czegoś podobnego w Waszym życiu. Zachęcam Was przede wszystkim do konfrontacji pięknych myśli z prawdziwym, pięknym, ale czasem trudnym życiem.

Jak podoba Wam się mój pomysł? Szczerze mówiąc, mam nadzieję, że wypali, a żeby tak się stało musicie mi pomóc swoją aktywnością. ;)

Em.

niedziela, 8 września 2013

Wywiad z Zygmuntem Miłoszewskim

 zygmuntmiloszewski.pl

Zygmunt Miłoszewski to polski pisarz i publicysta. Największą popularność przyniosło mu napisanie powieści kryminalnych o prokuratorze Teodorze Szackim. Kiedyś pracował jako dziennikarz w "Super Experessie", obecnie pisze felietony dla "Newsweeka".

Portal lubimyczytac.pl zorganizował akcję, w której użytkownicy serwisu mogli zadać autorowi pytania. Administratorzy wybrali ich zdaniem najciekawsze i przesłali je Zygmuntowi Miłoszewskiemu. Wśród zadanych znalazły się aż trzy nurtujące mnie pytania. Jako nagrodę za zadanie najciekawszych otrzymałam trzy książki Miłoszewskiego: najnowszą pt. "Bezcenny" oraz wydane wcześniej - horror "Domofon" i powieść kryminalną "Uwikłanie". Już nie mogę się doczekać lektury! A Wam prezentuję moją rozmowę z autorem. ;)

Często Pan ironizuje. Czy uważa Pan, że stosowanie tego środka ułatwia opisywanie pewnych wydarzeń, a co za tym idzie pomaga zrozumieć otaczającą rzeczywistość i zacząć postrzegać ją w bardziej kolorowych barwach? Czy jest wręcz przeciwnie? 

Ironizuję, ponieważ w prozie Bogiem, prorokiem i papieżem jest dla mnie Kurt Vonnegut. Uwielbiam jego opis świata, za którym stoi życzliwe zdumienie i zawsze lekko podniesiona brew, jakby chciał w każdym zdaniu zapytać „ludzie, ale wy tak naprawdę?”. Patrzę podobnie, choć nie potrafię tego tak mistrzowsko wyrazić i zawsze będzie mi bliższa narracja Vonneguta i Woody'ego Allena, niż Manna i Bergmana. Życie jest za krótkie, żeby traktować je z nadmierną powagą. A wracając do pytania, ironia zawsze oznacza dystans, a dystans pozwala więcej zobaczyć i więcej zrozumieć. 

Napisał Pan horror, fantastyczną baśń, thriller. Tworzy Pan więc dla dorosłych, młodzieży i dzieci. Który czytelnik jest najbardziej wymagający, dla którego pisanie jest największym wyzwaniem? Czy jest coś, czego nauczył się Pan od czytelników? 

Najbardziej wymagający jest mimo wszystko czytelnik dorosły. Ma za sobą wiele lektur, zna schematy, trzeba się naprawdę postarać, żeby pożeracza gatunku czymś zaskoczyć. A bez zaskoczenia nie ma kryminału. Ale największe wyzwanie to literatura dla dzieci, ponieważ wtedy na autorze spoczywa największa odpowiedzialność. Emocjami dzieci łatwiej manipulować, dlatego trzeba być bardzo ostrożnym. Na przykład pamiętać, żeby nie przesadzić z elementami napięcia czy grozy, żeby zawsze wyciągnąć małego czytelnika w jasne, bezpieczne rejony.

Podobno skończył Pan wraz z Borysem Lankoszem pracę nad scenariuszem do ekranizacji "Ziarna prawdy". Jak przebiegała Panów praca nad ostateczną jego wersją? Czy były fragmenty, których za żadne skarby nie chciał się Pan pozbyć? O co się Panowie spierali, w czym byli zgodni? Czy mieli Panowie podobną wizję ostatecznej wersji? 

Od razu na początku uznałem, że szefem jest Borys. To będzie jego film, nie chcę być autorem-wariatem, który czuwa, żeby żadnego zdania nikt nie przeinaczył. Dlatego przy zmianach to on ma ostatnie słowo, ale przyznaję, że jestem z tych zmian bardzo zadowolony. Po przełożeniu powieści na język scenariusza okazało się, że wiele scen nie ma racji bytu, bo na przykład dzieją się tylko w głowie Szackiego, a jak to pokazać na ekranie? Dlatego musieliśmy je pozamieniać na takie sceny, które pokazują to samo w sposób filmowy, atrakcyjny wizualnie. Niektóre zmiany są tak fajne, że zupełnie poważnie zastanawiam się, czy nie zrobić poprawionego wydania powieści.

Podobał Wam się ten krótki, a zarazem treściwy wywiad? Jak oceniacie twórczość Zygmunta Miłoszewskiego?

Em.

czwartek, 5 września 2013

"Lektor"


Tytuł: "Lektor"
Autor:
Kategoria: literatura współczesna
Tytuł oryginału: "Der Vorleser" 
Tłumaczenie: Maria Podlasek-Ziegler  
Wydawnictwo: Wydawnictwo Polsko - Niemieckie  
Data wydania: 2001  
Liczba stron: 208
Oprawa: twarda  
ISBN: 83-86653-11-6  
Źródło okładki: www.lubimyczytac.pl

Choć to nie romans, to książka o trudnej i niebanalnej miłości.
Choć to nie dokument ani książka historyczna, „Lektor” to pozycja o przeszłości.
Choć to nie horror, zawiera elementy grozy.

Niemiecki pisarz, Bernhard Schlink, opisał historię piętnastoletniego Michaela i trzydziestopięcioletniej Hanny, których połączyło bardzo skomplikowane i burzliwe uczucie. Czasem charakteryzowało je ogniste pragnienie, a chwilami chłód nieporozumień.

Dwudziestoletnia różnica wieku w związku Michaela i Hanny była widoczna. Kobieta dominowała w tej relacji. Stała się życiowym przewodnikiem nastolatka. Uczyła go i zarazem kształtowała, kreowała na człowieka, którym stał się w przyszłości. Chłopak był uzależniony od swej kochanki, uzależniony w sposób emocjonalny. Nie wyobrażał sobie życia bez Hanny. Mimo to, po latach musiał z tym problemem stanąć twarzą w twarz.

Myślę, że Hanna była pierwszą prawdziwą fascynacją, miłością Michaela. Taką, nad którą się nie zastanawiał, której nie chciał, nie wyczekiwał, a która spadła na niego jak grom z jasnego nieba. Taką, w której nie musiał niczego kalkulować, którą przyjmował w całości, z wadami i zaletami. Taką trochę naiwną, pełną optymizmu. Michael napisał wiersz o tym, co czuje do Hanny. Myślę, że dobrze obrazuje on stosunek chłopaka do kobiety, ukazuje jego oddanie i wzajemne dopełnianie się w związku.
„Kiedy się sobie otwieramy
ty mnie a tobie ja,
kiedy się pogrążamy
we mnie ty a ja w tobie,
kiedy się rozpływamy
ty we mnie a w tobie ja

Wtedy
ja to ja
a ty to ty”
Choć wiele zachowań Hanny dziwiło Michaela i zależało od jej aktualnego nastroju, chłopak tolerował je, a nawet akceptował w obawie przed utratą osoby, którą kocha.

W związku tej pary jest wiele miłosnych rytuałów. Wieńczy je czytanie przez Michaela na głos książek należących do kanonu światowej literatury. W ten sposób chłopak staje się lektorem Hanny.

Spotkania tej pary kończy nagłe zniknięcie kobiety, które Michael tłumaczy sobie tym, że Hanna poczuła się przez niego poniżona. Po latach okaże się jednak, że prawda jest zupełnie inna.

Hanna to potwornie skomplikowana osobowość. To osoba, która woli na siebie wziąć winę nawet za coś czego nie zrobiła, by nie przyznać się do swojej słabości, by ktoś nie zobaczył, że być może nie jest twardą, nie mającą problemów, a potrzebującą zrozumienia i opieki kobietą.

Oprócz przedstawienia tej trudnej miłości, która połączyła zupełnie różne osoby, Schlink porusza problem odpowiedzialności narodu niemieckiego za zbrodnie popełnione przez ich przodków. O tym, co działo się w obozach koncentracyjnych słyszał z pewnością każdy. Wydaje nam się, że znamy tę historię. Być może nad nią nawet przez chwilę ubolewamy, ale w większości przypadków po prostu ją przyjmujemy do wiadomości i nie myślimy o tym, jak było to przeszywająco okrutne i nieludzkie. Wyzbądźmy się znieczulenia i zobojętnienia. To piekło na ziemi dla niektórych było częścią życia. Schlink napisał w „Lektorze” o zagładzie Żydów słowa, które wzięłam sobie do serca:
„Nie może nam się zdawać, że potrafimy pojąć coś, co jest niepojęte, nie wolno nam porównywać czegoś, co jest nieporównywalne, nie wolno nam się dopytywać, gdyż pytający, nawet jeśli nie kwestionuje tych potworności, czyni z nich jednak przedmiot komunikacji, a nie traktuje jako coś, przed czym może tylko zamilknąć z przerażenia, wstydu i poczucia winy”.
Po latach od nagłego zniknięcia Hanny, drogi dawnych kochanków ponownie skrzyżują się. Michael, już jako student prawa, spotka swoją dawną miłość na sali sądowej podczas procesu przeciw strażniczkom pełniącym w czasie II wojny światowej służbę w obozie koncentracyjnym pod Krakowem.

„Lektor” to książka, w której każde słowo ma sens. Widać to podczas przesłuchania Hanny, w czasie którego wychodzą na jaw różne sprawy, które zrozumieć można dopiero wtedy, gdy z uwagą czytało się wcześniejsze rozdziały. Lubię takie odniesienia.
Każde słowo Schlinka trafia w punkt. Czytając „Lektora” miałam wrażenie, że autor zastanawiał się dosłownie nad każdym słowem, którego użył we własnej książce, że wszystko jest rozważone, przemyślane. Cenię go za to.

Bernhard Schlink oddał całą książkową przestrzeń Michaelowi, z którego perspektywy poznajemy opisywaną opowieść, jego rozważaniom, przemyśleniom o ludziach, ale również o historii, którą oni tworzą. Co tu dużo mówić - są trafione w sedno:
„Uciec nie znaczy tylko skądś odejść, lecz również dokądś dotrzeć. (...) Zajmować się historią oznacza budować pomosty między przeszłością a teraźniejszością, obserwować obydwa brzegi i być na nich aktywnym”.
To trudne zadanie. Bo jak budować zgodną przyszłość z dawnym wrogiem pamiętając o zbrodniach z przeszłości? A jednocześnie jak odnaleźć się w teraźniejszości? Czy mamy prawo żądać przebaczenia? Czy sami umiemy wybaczyć?

Hanna to postać zagadka. Mimo rozważań nie umiem zrozumieć jej zachowania. Co ciekawe, mimo, że ta kobieta popełniła okrutne zbrodnie – nie czułam do niej nienawiści. Traktowałam i obserwowałam ją raczej jako zagubioną istotę, która nie umie się odnaleźć, która się boi, która nie jest pewna swego - jako Hannę z procesu. Mam wrażenie, że Michael zdał sobie sprawę, że tak naprawdę niewiele wie o Hannie, że wcale jej nie znał, że ich relacja była bardzo powierzchowna. Mam ten sam problem i mimo próby wniknięcia w osobowość Hanny i zrozumienia tej kobiety mogę zapytać tak jak Michael:
„Jaka ona była przez te wszystkie lata – zapytałem po chwili, gdy znów mogłem mówić – i jaka była przez ostatnie dni?”
„Lektor” jest nieprzewidywalny, przeszywa, zatrzymuje w czasie, zmusza do refleksji. Nie mogłam czytać tej pozycji bez przerwy. Dawkowałam sobie tę przyjemność, a czas między lekturą poświęcałam na refleksje. Do dziś historia opisana przez Schlinka jest we mnie żywa, budzi we mnie te same emocje, które pojawiły się od razu po przeczytaniu książki, te same wątpliwości, pytania, na które w dalszym ciągu nie znam odpowiedzi. Te wszystkie rodzące się w mojej głowie pytania zaczynają się od słowa „Dlaczego?”. Nie „jak?”, nie „po co?”, nie „kto”, ale "DLACZEGO?". Dlaczego to musiało się tak skończyć? Dlaczego Hanna ostatecznie podjęła taką a nie inną decyzję? Dlaczego Michael nie umiał ułożyć sobie bez niej życia w taki sposób, by być szczęśliwym?

Zastanawia mnie jeszcze jedno. Co będzie dalej z Michaelem, którego całe dotychczasowe życie kręciło się wokół Hanny? Na to pytanie Schlink nie daje odpowiedzi.

Nie polecam tej książki każdemu. Polecam ją tym, którzy podczas lektury szukają czegoś specjalnego, czegoś więcej niż dotychczas. Jestem zafascynowana "Lektorem". Nigdy wcześniej książka nie wzbudziła we mnie tylu emocji. "Lektor" zszargał mi nerwy, podniósł puls, doprowadzał do furii, ale również wzruszył i sprawił ból przypominając, że największym zagrożeniem dla człowieka jest drugi człowiek. I że bez szacunku do innych, sami możemy urządzić sobie prawdziwe piekło na ziemi.

Ocena: 10/10

Em.

poniedziałek, 2 września 2013

Zmiany w liście lektur!

W jednym z artykułów "Gazety Krakowskiej" pojawiła się informacja, że Ministerstwo Edukacji Narodowej zadecydowało, że w obowiązującej liście lektur pojawią się zmiany. 

Od tej pory gimnazjaliści nie będą musieli czytać "Pana Tadeusza" (nawet jego fragmentów), a licealiści nie poznają losów "Konrada Wallenroda" i bohaterów "Trylogii" Sienkiewicza. Co ciekawe, podczas trzyletniej nauki, zapoznają się z tylko jednym utworem Stefana Żeromskiego.

Z drugiej strony jednak, zgodnie z nowym zarządzeniem MEN, lista lektur zostanie wzbogacona o utwory Małgorzaty Musierowicz, Andrzeja Sapkowskiego i
Johna Ronalda Reuela Tolkiena.

źródło obrazka: http://www.jaslonet.pl

Zastanawiając się nad tymi zmianami dochodzę do wniosku, że dobrze się stanie, że pozycje, z którymi mają zapoznać się uczniowie zostaną odświeżone. Może takie rozsławione nazwiska jak Tolkien, czy chociażby Sapkowski i popularna wśród młodzieży Musierowicz, sprawią, że młodzież zacznie częściej czytać? Uważam również, że usunięcie z gimnazjalnej listy lektur "Pana Tadeusza" to właściwa decyzja. Do tej lektury trzeba dorosnąć, o czym pisałam w recenzji epopei Mickiewicza.

Może więc wszystkie zmiany zapowiedziane przez MEN możemy traktować jako te na plus? Mam pewne wątpliwości.

Naprawdę nie sądzę, że usunięcie "Ogniem i mieczem", "Potopu" i "Pana Wołodyjowskiego" jest dobrą decyzją. Po pierwsze uważam, że uczniowie powinni poznać twórczość Sienkiewicza w szerszym zakresie niż ograniczając się do czytania "W pustyni i w puszczy". A po drugie uważam, że po prostu należy przeczytać "Trylogię" pisaną ku pokrzepieniu serc. 

Co myślicie o tych zmianach? 

P.S. Wszystkim uczniom życzę powodzenia w nowym roku szkolnym 2013/2014, a studentom jeszcze miesiąca wspaniałego wypoczynku. ;)

Em.